Kot 3D na moim palcu

Kolejna błyskotka w mojej kolekcji : 

Na ten dosyć oryginalny projekt trafiłam zupełnie przypadkiem przeglądając zdjęcia innych na  Instagramie KLIK. Od pierwszego wejrzenia ten właśnie design skradł moje serce jako że nie jest dla nikogo nowością, że kociara ze mnie wielka :).
Zauroczona kształtem i bardzo dobrym odzwierciedleniem sylwetki futrzaka niezwłocznie przełączyłam się na stronę internetową gdzie takie cacuszka można kupić.
Marka Felicity  KLIK w swoim asortymencie oferuje nie tylko pierścionki, ale także kolczyki, naszyjniki i zegarki w bardzo przystępnych cenach. Aktualnie wiele rzeczy jest na wyprzedaży, a dodatkowa informacja znaleziona na stronie, mówiąca o tym, że część z dochodów jest przekazywana na wspieranie szpitala pediatrycznego ST. Jude w Memphis w USA ( to nie jest żadna reklama ani agitacji tak dla ścisłości ) tylko utwierdziłam mnie w przekonaniu, że pierścionek musi być mój i już ;)


Mała rzecz w niewielkiej cenie a jak cieszy oko i przykuwa uwagę innych.W gamie można znaleźć nie tylko koty, ale także psy, delfiny, żyrafy i inne zwierzaki.Taka ozdoba z pewnością będzie oryginalnym dodatkiem do codziennego stroju i jednocześnie interesującym, niespotykanym akcentem na naszej dłoni!U mnie w pracy kot zrobił niemałe zamieszanie.Nietypowa przestrzenna forma kota owijającego się wokół mojego palca wzbudzała niemałe zainteresowanie wokół :)
Jak Wam się podoba?
Buziaki
Ania

Idealne placki ziemniaczane




Głównym powodem dlaczego do tej pory nie lubiłam placków ziemniaczanych był brak umiejętności... ich robienia :D !Niby tak banalnie prosta potrawa , a dla mnie tak skomplikowana!Moim odwiecznym problemem było odpowiednie przygotowanie ziemniaków tak, aby się trzymały kupy i nie rozlatywały podczas smażenia, co w efekcie na patelni przypominało " ziemniacznicę" .
Na nic się zdały przepisy mamy, czy te znalezione w internecie, każda podjęta próba kończyła się porażką aż do wczoraj…!
Ogarnięta przemożną chęcią zjedzenia owej potrawy podeszłam do całej sprawy jeszcze raz.Tym razem zmieniłam plan działania i zamiast zwykłej mąki dodałam kukurydzianej ( zastanawiałam się nad ewentualnym dodaniem także kokosowej z racji jej dużych właściwości wchłaniających, ale ,że pod ręką nie miałam, obyło się bez ;))

Składniki na 6-7 porcji

- 4 duże ziemniaki
- 0.5 cebuli ( bądź cała - osobista preferencja )
- jajko
- przyprawy do smaku ( ja wybrałam, pieprz cayenne, oregano i majeranek)
- olej do smażenia
- mąka kukurydziana

Ziemniaki starłam na tarce o dużych oczkach dla ekstra chrupiących krawędzi.Tak przygotowaną papkę odstawiłam na około 20 minut. Kiedy zaczęła wytrącać się woda, raz po raz zbierałam kupki ziemniaków o odciskałam nad zlewem z nadmiaru płynu.Ponownie odstawiłam na 15 minut.Mówi się aby tylko zbierać wodę, a wytrąconą skrobię ponownie dodać do miksu - po mojej metodzie widać że zbytnio tego kroku się nie trzymałam, tylko cisnęłam ile wlezie :).Po upływie drugiego czasu ponownie odcisnęłam masę.Dodałam 4 kopczaste łyżki maki kukurydzianej, jajko, przyprawy,posiekaną drobno cebulę i wymieszałam.


Na rozgrzaną teflonową patelnie wylałam łyżkę oleju , formując małe placuszki rozprowadzałam masę na dnie tak aby placki nie były zbyt wysokie i w efekcie końcowym nie były dobrze usmażone w środku. 
Placki smażyłam do momentu uzyskania złotego koloru po obu stronach.Po wyjęciu z patelni, każdy jeden odcisnęłam na ręczniku kuchennym, aby pozbyć się nadmiaru tłuszczu.



Wyszło przepysznie! Placki wyszły wyśmienicie wysmażone z chrupką otoczką. Całość podałam z dzień wcześniej ugotowanym gulaszem parówkowym, z którym tak na dobrą sprawę nie wiedziałam co zrobić ;)

Podpowiedź:
Jeśli nie chcecie smażyć polecam placki upiec w piekarniku na kartce pergaminu, do masy wystarczy dodać odrobinę oleju alby nie wyszły zbyt suche, co prawda smak, będzie ciut inny, ale nadal smaczny !


Smacznego!
buziaki
Ania

Paleta "La Palette Nude" od L'oreal


Kupując paletę zdałam sobie sprawę ile to czasu upłynęło od kiedy kupiłam swój ostatni pojedynczy cień.w moim przypadku stało się to po prostu mało praktyczne.Patrząc na mój asortyment kosmetyczny z perspektywy czasu, pojedyncze egzemplarze często gęsto ( zdarzały się wyjątki,lecz baaaardzo sporadycznie) lądowały po prostu w koszu z racji tego,że nie dawały się do dalszego użytku.
Przewagą gotowych palet nad singlami jest ich ilość i pojemność.Z reguły cienie w gotowcach są mniejsze co daje nam większe prawdopodobieństwo ich wykończenia bez konieczności wyrzucania przedterminowo.
Drugim czynnikiem dla którego wolę palety od pojedynczych cieni jest po prostu…moje lenistwo :D! Zestawienie kilku kolorów w jednym plastikowym puzderku niesamowicie ułatwia życie, nie trzeba chodzić, szukać i dobierać kolorów - producenci robią wszystko za nas :) Jeśli znajdziecie tą jedyną, tą której akurat szukacie - sprawa załatwiona!


Paleta " La palette nude" zawiera zarówno cienie matowe, satynowe jak i połyskujące.Głębokie brązy, beże i  śliwki wypełniają wnętrze opakowania.Wybiórczo wybrane kolory (zdjęcie poniżej) rozprowadzają się miękko i nie pozostawiają smug.Ich trwałość na powiecie sięga nawet 12 godzin. Kolory są dosyć dobrze napigmentowane, aplikowane na skórę wyglądają identycznie jak w formie prasowanej.
Gama kolorów pozwala stworzyć makijaż dzienny, w sam raz do pracy czy szkoły, podkreślający atuty a jednocześnie niewidoczny, makijaż wieczorowy, z pazurem, na formalne wyjścia, przykładów można tu mnożyć w nieskończoność.W mojej opinii bardzo trafna kombinacja kolorystyczna!





Miałyście?Co o niej sądzicie?
Buziaki
Ania

Dzień Wszystkich Świętych vs Halloween


Z zamiarem napisania kilku słów w tej kwestii i jednocześnie chęcią poznania Waszej opinii noszę się już od kilku tygodni - dokładnie od momentu kiedy w sklepach ponownie wszechobecne stały się przebrania trupów czy  czarownic.
Od ostatnich kilku lat obserwuję rosnące w siłę zjawisko przechwytywania przez nasze społeczeństwo coraz większej ilości obrzędów czy świąt bardzo celebrowanych na zachodzie, tutaj skupię się na jednym - Halloween.
Pamiętam kiedy emigrowałam z kraju nikt nawet słowem nie wspominał o przebieraniu się i zbieraniu cukierków, na dzień przed "Wszystkimi Świętymi", nikt w wiadomościach nie podawał informacji na temat takowego święta, sklepy nie świeciły kostiumami, w telewizji nie było reklam związanych z ta tematyką.
 30-ty dzień października przechodził bez większego echa, był to czas kiedy wszyscy przygotowywali się do dnia który będzie "po".Jak daleko sięgam pamięcią to był dzień kiedy mam gorączkowo się uwijała kupując znicze i wieńce, w domu rozpościerał się piękny zapach świerku czy jodły. Dekadę później ważniejsze jest jak najbardziej wymyślne przebranie, makijaż, impreza. Obchodzenie Halloween wdarło się na dobre do kalendarza świąt obchodzonych w kraju.Odnoszę wrażenie, że Dzień Wszystkich Świętych ostatnimi laty w większej mierze jest pielęgnowany przez starszą część społeczeństwa. Martwi mnie, że może on odejść razem z tym pokoleniem.
     Jakie jest Wasze zdanie?
buziaki
Ania

Faszerowany bakłażan - wersja jarska


Zwykle kiedy mam ochotę na faszerowane warzywa  sięgam po paprykę - warzywo, które zawsze gości w mojej kuchni . Do przekrojonej na połówki, bądź całej z odkrojonym ogonkiem pakowałam farsz przeważnie zrobiony z cotygodniowego przeglądu lodówki ;) (kto zjada ostatki ten piękny i gładki !)
W dzień mojej zachcianki papryki jednak nie był , a był za to ten oto fioletowy Pan :)Niewiele myśląc chwyciłam warzywko przekroiłam na pól i zaczęłam działać !

Składniki:

1 średni bakłażan
1 pomidor
2 jajka
kilka gałązek świeżego koperku
1 średnia cebula
Olej do smażenia
Dowolne przyprawy do smaku - ja użyłam przede wszystkich suszonych ziaren chilli i szczypty soli.

Wykonanie

Bakłażana kroimy na pół. Miąższ  wykrawamy łyżką i kroimy w kostkę.Cebulę obieramy, kroimy w kostkę.Na rozgrzaną patelnie wylewamy jedną łyżkę oleju i wrzucamy cebulę, smażymy do momentu zeszklenia, nie dolewamy więcej oleju - jeśli cebula się zacznie przypalać podlewamy wodą.
Dodajemy pokrojony miąższ bakłażana , dodajmy chilli, sól  i dusimy przez kilka minut .Jajka rozbijamy i mieszamy aż żółtko i białko połączą się w całość. Uduszony farsz ściągamy z ognia i dodajemy pokrojony koperek. Tak przygotowanym nadzieniem wypełniamy wydrążone połówki. Na wierzchu układamy pokrojonego w drobną kostkę pomidora i zalewamy jajkiem.
Wkładamy do rozgrzanego piekarnika na 20 minut.Kiedy jajko zacznie się ścinać zmieniamy program na "grillowanie" aby wierzchnia warstwa troszkę się przypiekła i była chrupiąca!



Jeśli chcecie zgrzeszyć i bardziej podrasować potrawę polecam dodanie na patelnię pokrojoną szynkę, bądź kurczaka, a zanim przełączycie program w piekarniku na grillowanie, posypcie bakłażana serem :) !
Smacznego!
Ania

Mój przepis na soczystą pieczeń wołową



Jedynymi wypiekami które rzadko kiedy mi naprawdę wychodzą, są ciasta i pieczenie.Jak te pierwsze nigdy mi nie wyrosną, bądź wyciągnę zakalec, tak  druga kategoria zwykle wychodzi mi gumowata, bądź sucha jak wiór.
Pieczenie zawsze kojarzyły mi się z domem i świąteczną atmosferą, moja mam była mistrzynią w marynowaniu i dopieszczaniu każdego jednego skrawka, dbając o każdy szczegół od początku do końca.
Wiele razy próbowałam się podjąć wyzwania jednak każda jedna próba kończyła się fiaskiem.., aż do ubiegłego weekendu kiedy wreszcie mogłam powiedzieć: TAK ,TO JEST TO !
Zaczynamy!

Składniki:
- większy kawałek chudej wołowiny( w moim przypadku około 800g,  im większy tym większa ilość przypraw)
- duża cebula
- 4-5 łyżek oliwy z oliwek ( ja tutaj użyłam tej typu Virgin)
- 4 ząbki czosnku
- pieprz
- zmielona słodka papryka
- kurkuma
- odrobina soli
- oregano
- majeranek
- lubczyk ( uwielbiany przeze mnie ostatnio!)

Dzień przed pieczeniem.
   Oliwę z oliwek, pieprz, kurkumę, sól, oregano, majeranek i lubczyk mieszamy razem aż wyjdzie nam wodnista pasta w wysokiej misce.Do tak przygotowanej mieszanki przekładamy uprzednio wypłukaną wołowinę i mieszamy całość razem.Obieramy cebulę, kroimy w piórka i dodajemy do miski ponownie mieszając.
  Czosnek wyciskamy prze praskę i nacieramy mięso.Tak wiem, łapki będą nieźle ubrudzone, ale wierzcie mi gra jest warta świeczki !Tak przygotowaną pieczeń wkładamy do lodówki na całą noc.
  Następnego dnia na kilka godzin przed wstawieniem do piekarnika, przewracamy mięso w misce na druga stronę i ponownie odstawiamy do lodówki.Po upływie naszego czasu rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni ( tylko nie na funkcję grillowania :D !)
Żaroodporne naczynie wykładamy dwoma długimi kawałkami folii aluminiowej ułożonej na krzyż.Kawałki mają być na tyle długie aby spokojnie zakryły pieczeń.
 Kiedy piekarnik się nagrzewa, na teflonowej patelni rozprowadzamy łyżkę oliwy, na której po rozgrzaniu obsmażamy wyjętą z zaprawy pieczeń.Pamiętajcie aby marynata została w misce - jej nie podsmażamy.
 Kiedy wołowina zmieni kolor z każdej strony przekładamy ją do wcześniej przygotowanego naczynia żaroodpornego. Wylewamy do środka zaprawę z miski.Pieczeń przykrywamy szczelnie folią i wkładamy do piekarnika na 2 godziny :) Jeśli kawałek mięsa jest dosyć duży czas pieczenia można wydłużyć o kilkanaście minut.
 Kiedy mięsko dojdzie wyłączamy piekarnik, nadal pozostawiając naczynie w środku , aby pieczeń miała czas na "relaks"- jakieś 20 minut.

Mój sekret: kiedy podejmowałam się próby pieczenia, zwykle porcję mięsa marynowałam i smażyłam na oleju roślinnym, zmiana tego właśnie składnika sprawiła że mięso stało się kruche i soczyste. Przypadek?Nie wiem ale działa ! 



Dajcie znać jeśli wypróbowałyście mój przepis
buziaki
Ania

KiKO - lakiery do paznokci





O firmie KIKO słyszałam dawno temu, był nawet okres, gdzie , nie wiedzieć czemu, byłam święcie przekonana, że marka pochodzi z naszych polskich stron !BŁĄD!Więc wiadomość dla tych , którzy nadal są w błędzie - firma pochodzi z Włoch - to tak na marginesie ;)
Informacje, które do mnie zewsząd docierały były głównie skupione na kosmetykach kolorowych: podkładach, pudrach, cieniach, o ile mnie pamięć nie myli nie spotkałam się z omawianiem lakierów do paznokci , dlatego też, będąc ostatnio w Londynie w jednym z firmowych sklepów marki, zdecydowałam się na kupno tych właśnie ostatnich.
Blat ze stojakami z tymi właśnie produktami ciągnął się w nieskończoność i jak tu miałąm wybrać jeden?Jak w morzu tylu kolorów, efektów i wykończeń podjąć  decyzję?
Po burzy muzgów i konsultacji z moją kompanką zakupów zdecydowałam się na dwa: przepiękny malinowo-czereśniowy kolor ze złotą poświatą o numerze 277 oraz matowy, fiolet idealny na jesień o numerze 379




Oba lakiery mają świetna konsystencję, stosunkowo dobre krycie i niesamowite nasycenie koloru.Czy wspomniałam, że błyskawicznie wysychają? W ekspresowym tempie! Nie trzeba  aplikować żadnego dodatkowego specyfiku typu top coat - płytka jest twarda jak głaz już po dosłownie kilku chwilach!Lakier dwa w jednym? Może! Nie wnikam, efekt końcowy mnie zadowala więc jestem na tak!

Macie?Używacie?Dajcie znać jakie są Wasze  opinie! 
buziaki
Ania

Ostre Curry z Wołowiną



Witam Was po długiej przerwie! Nie wiem czy jest sens tłumaczenia się z mojej nieobecności, więc od razu przeskakuję do tematu.
Zbliżające się jesienne wieczory skłaniają mnie do zostawania w domu,( wszyscy domatorzy łączmy się!), a co za tym idzie do posiadania większej ilości czasu na oddawanie się temu co kocham najbardziej czyli vlogowaniu i blogowaniu,  dlatego od dziś postaram się przesyłać ponownie co najmniej jeden post tygodniowo aby blog odżył( yaayyy).W większości będą to przepisy kulinarne( moja na nowo odkryta miłość) ale i nie tylko, będą także recenzje i życiowe sprawy :))))
Zaczynamy od potrawy beef curry w moim wykonaniu .P( czyli z małą paprykową modyfikacją ;)) Potrawy hinduskie zawierają ogromną ilość przypraw, które rozgrzewają nas od środka, więc są idealne na nadchodzące dni !

Porcja dla 4 osób:
Składniki:
800 g wołowiny
4.5  łyżek oliwy z oliwek (bądź oleju)
3- 4  ząbki czosnku
2 średnie cebule
1 papryka (dowolnego koloru)
1 puszka pokrojonych pomidorów
1 łyżeczka lubczyku
1 papryczka chilli ( bądź jeśli jej brak, 1 łyżeczka suszonej , bądź suszonych ziarenek wystarczy)
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka garam masala
1- 2  łyżki jogurtu naturalnego( typu light - dla dietetyków ;)), serka wiejskiego ( typu light też dla dietetyków jak ja :D ), bądź śmietany 18 %
 5-6 gałązek świeżej kolendry

Wykonanie:
Wołowinę podsmażamy na wysokiej temperaturze na 2-3 łyżkach oliwy.W międzyczasie do  dobrze nagrzanego , wysokiego garnka wylewamy resztę oliwy i podsmażamy posiekaną w piórka cebulę z posiekanym , bądź wyciśniętym czosnkiem.
Kiedy wołowina zmieni barwę na lekko brązową, przekładamy całość do wysokiego garnka.Dodajemy pokrojoną paprykę i dusimy przez kolejnych kilka minut aż papryka zmięknie.
Przyprawiamy lubczykiem, kurkumą i chilli ciągle mieszając aby wszystkie składniki miały czas na przesiąknięcie swoim smakiem i aromatem.
Po około 10 minutach dodajemy jogurt/serek wiejski/śmietanę ciągle mieszając.Kiedy wołowina będzie już miękka wyłączamy gaz i dodajemy posiekaną świeżą kolendrę oraz garam masala  ciągle mieszajać.
Redukujemy temperaturę, gotujemy na wolnym ogniu przez kolejnych 5 - 10 minut et voila!!!
Podajemy solo, chlebkiem pitta,niskowęglowodanowym podpieczonym tostem ( jak ja :D !)  bądź po polsku - z pajdą chleba :D !

Dajcie znać jak Wam wyszło!
Buziaki 
Ania

Pandora Daisy Ring - zupełnie przypadkowy zakup ;)

Obłęd w związku z wymienioną w tytule marką długo panoszył się w mojej głowie. Bez przerwy odwiedzałam ich sklep oraz stronę internetową aby tylko popatrzeć na coraz to piękniejsze błyskotki oraz nowe kolekcje.Dzięki takiej obsesji do mojej kolekcji biżuterii trafiło kilka zawieszek oraz bransoletka ;)
Ostatnio szwędając się po centrum handlowym w poszukiwaniu " ostatnich dopięć" na wyjazd na urlop - wstąpiłam, zupełnie przypadkowo, do owego sklepu…I wyszłam…Nie sama ;) 


Idealny motyw na lato!Lekki, delikatny i subtelny a jednocześnie rzucający się w oczy - wykonany ze srebra akcent na naszym palcu z śnieżnobiałym, emaliowanym wypełnieniem stanowi niesamowity dodatek na dłoni.Z całą pewnością przykuwa uwagę.Projekt błyskotki był prezyjnie przemyślany, ponieważ idealnie konfiguruje się ze swoją siostrą ( bratem..?) zaprojektowaną na wzór trzech małych kwiatków wygiętych w półksiężyc tak aby we wgłębienie idealnie wpasować właśnie ten -  pojedynczy.
Wierzcie mi, całość wygląda zjawiskowo i  nie ma się co dziwić że większe rodzeństwo będzie moim kolejnym zakupem :)


Zestawienie obu świecidełek widziałam już nie raz, ba nawet sama próbowałam na własnej dłoni, efekt istotni  przyciąga oko !Niestety tym razem jeszcze go Wam nie przedstawię, ale bądźcie pewni - gdy tylko wyląduje w moich łapkach - dam Wam znać!!!
buziaki
Ania

"Lash base" od Essence - czy warto ?


Białe bazy pod tusz do rzęs święciły swoje triumfy już dobrych kilka lat temu.Do dziś pamiętam jaką rewolucję wywołała czerwono-biała mascara z L'oreal, gdzie z jednej strony mięliśmy tusz, natomiast z drugiej wspomnianą "podwalinę" ;).
Z tygodnia na tydzien kosmetyki tego typu wyrastały jak grzyby po deszczu, drogeryjne marki prześcigały się w lepszym wyeksopnowaniu towaru, aby przebić konkurencję.
Białe specyfiki  zrewolucjonizowały sposób aplikacji tuszu – podstawa, istotnie budowala solidny fundament pod tusz.Powtarzając aplikację kilkakrotnie, można było uzyskać zaskakujacy efekt.
Nie wiem tak naprawdę co sprawiło iż przestałam sięgać po kolejne egzemoparze – moja fascynacja chyba wymarła śmiercią naturalną, chęcią sprawdzenia czegoś innego.
Pomimo elektryzujacego efektu, nakładanie było czasochłonne,
wysychanie poszczególnych warstw ciągnęło się w nieskończoność.I kto wie czy to właśnie brak tych kilku chwil każdego dnia nie sprawił że wróciłam do tradycyjnych maskar.
Jakiś czas temu dotarła do mnie wiadomość o wypuszczeniu przez Essence białej tubki ze specyfikiem w środku, który ma za zadanie, tak jak jego poprzednicy, tworzyć solidny fundament pod  tusz.Szufladka ze wspomnieniami z przeszłości wysunęła sie niezwłocznie!
Wspominając dobre dzialanie tych starszych  - Baza s Essence wylądowala na mojej " do kupienia w Polsce "liscie.
Dziś po konkretnym jej przetestowaniu chce powiedziec co o niej mysle ;)


Białe opakowanie o pojemności 9 ml z różowymi rzucającymi się w oczy elementami z pewnością przykuwa uwagę.Szczoteczka jest w tradycyjnym, regularnym kształcie z miekkim, delikatnym włosiem.
Kosmetyk ma przyjemną konsystencję, lekko sie nakłada na rzęsy, otulając białą mazią każdą jedną z nich.Nie skleja się , nie tworzy grudek, czy pajęczych łapek.
Osobiście nakładam grubą warstwę, aby spotęgować efekt dzialania maskary. Wyciągnięcie naszych rzęs jest nieziemskie - dla ścisłości baza była testowana przeze mnie w kombinacji z różnymi tuszami - nie tylko jednym ulubionym - wredoty nieprzychylne także wzięłam pod uwagę :).
Baza dosłownie płynie po strukturze włosa otulając ją od nasady aż po sam koniec.Dzięki precyzyjniej w swojej prostocie szczoteczce - biała maź otula dokładnie każdą jedną rzęsę.
W efekcie uzyskujemy mega ogromną burzę rzęs na którą bezpośrednio nakładamy ulubiony tusz.
Efekt jest piorunujący!Biały puch jest ekspresowo pokrywany czernią tuszu, rzęsy są wydłużone pogrubione i uwaga - nie sklejone!Włoski nie tracą na swojej giętkości, nie opadają - przy użyciu zalotki są podkręcone kilka dobrych godzin.
Rewelacja - w mojej ocenie na 10…kosmetyk otrzymuje …10!Niedrogi - ogólnodostępny, działa - czego więcej chcieć.. :)?
Używałyście?Jak się u Was sprawdził ?Dajcie znać!
buziaki
Ania



Kurczak w sosie z pesto oraz suszonych pomidorków w zalewie

W UK dziś mamy "bank holiday" czyli dzień wolny od pracy.Jako.że zwykle kiedy nie pracuję nachodzi mnie ochota na gotowanie czegoś bardziej szczególnego, czegoś z czym mogę poeksperymentować, dlatego dziś postanowiłam wymodzić coś ze świeżego pesto oraz pomidorków koktajlowych w zalewie z oliwy. Przepis jest bardzo prosty a jakże smaczny i szybki, podawany z pełnoziarnistym makaronem oraz rukolą rewelacyjnie usatysfakcjonuje każde podniebienie - do dzieła!




Składniki ( przepis na 2 osoby)
- oregano
- majeranek
- 1 duża pierś z kurczaka
- 1 cebula
- 2 ząbki czosnku
- 1 łyżka oleju ( ja zastosowałam słonecznikowy)
- 3 łyżki świeżego pesto
- 4 łyżki suszonych pomidorków w zalewie
- 4 łyżki chudej śmietany
- 250 g pełnoziarnistego makaronu ( forma dowolna)
- szczypta soli
- starty na puch parmezan






Wykonanie:
Czosnek kroimy w kostkę, cebukę w piórka - podsmażamy na rozgrzanym oleju.Kiedy oba składniki się zarumienią, przykręcamy gaźnik i podlewamy wodą.Dusimy przez kilka minut, następnie dodajemy pokrojonego w kostkę kurczaka.
W międzyczasie  gotujemy makaron z odrobiną soli.Do sosu dodajemy kolejno : pesto, pomidory i całość zalewamy śmietaną - mieszamy i doprowadzamy do wrzenia - odstawiamy z ognia.
Spód talerza wyścielamy opłukanymi liśćmi rukoli , następnie nakładamy makaron. Całość polewamy naszym sosem, oprószamy wcześniej poszatkowaną natką pietruszki i parmezanem.
Smacznego!


Dajcie znać jeśli wykorzystacie mój przepis!
PS. Wegetarianie kurczaka mogą zastąpić tofu ;) !
Buziaki
Ania



Wreszcie mam ! Embryolisse Lait-Creme Concentre

Przyznam się szczerze - przy kupowaniu tego kremu nie patrzyłam na jego skład, co tubka zawiera, a bardziej sugerowałam się przeczytanymi/obejrzanymi recenzjami w internecie. Najbardziej utkwiły mi opinie , dobrze wszystkim znanych, sióstr Pixiwoo oraz kultowej makijażystki Lisy Eldridge . 
Długo zwlekałam z kupnem swojego egzemplarza, zwykle kiedy kończyłam kosmetyk do twarzy sięgałam po coś sprawdzonego, czego nie muszę testować.
Przypadkiem, jakiś czas temu, robiąc porządki w kuchni znalazłam starą listę zakupów kosmetycznych na której widniała gwiazda dzisiejszej notki. ZIELONE ŚWIATŁO W GŁOWIE. Nie wiem czy to zbieg okoliczności , czy zrządzenie losu, akurat kończyłam mój lekki krem nawilżający z Kiehl's, o którym pisałam tutaj KLIK  i wiedziałam , że kwestią dni będzie zakup nowego mazidła.



 Lait-Creme Concentre na drugim miejscu w swoim składzie zawiera parafinę - "ułaaaa" - powiecie. Pogrom wszystkich dziewczyn z tendencją do zapychania porów.Problem ten jest mi mało znany, do tej pory miałam tylko jeden raz styczność z produktem ( dodam nie pielęgnacyjnym), który w niewielkim stopniu zapchał mi pory wokół nosa - dlatego też drugie zaszczytne miejsce parafiny - nie zniechęciło mnie absolutnie do sięgnięcia po mój egzemplarz.


Krem ma bogatą i jednocześnie delikatną konsystencję.Po wyciśnięciu z tubki dobrze trzyma się skóry na naszej dłoni i pod wpływem rozcierania na twarzy "topnieje" pozwalając szybko i dokładnie rozprowadzić się po całej cerze.Jest bardzo wydajny, pokazana na zdjęciu ilość spokojnie wystarczy na pokrycie całej buźki. 
Skóra po aplikacji jest momentalnie odświeżona, nawilżona i przyjemnie ukojona.Bardzo interesujący jest tutaj zapach, przypominający delikatne kremy do pielęgnacji  skóry bobasów - subtelny, nie drażniący naszego nosa.Nie na darmo mówią, że jego największą zaletą są niesamowite właściwości konkretnej bazy pod po podkład - podpisuję się pod tym stwierdzeniem dzisiejszym postem.Krem rewelacyjnie współgra z kosmetykiem kolorowym stapiając się z nim błyskawicznie.


Mazidło zaskarbiło sobie moje serce w ekspresowym tempie dzięki swoim bezbłędnym właściwościom matującym.Jak wiecie, mam mieszaną cerę, gdzie kilka miesięcy temu zauważyłam, że moje czoło zaczęło się świecić jeszcze bardziej jak kiedyś.I oto kilkanaście dni temu pojawił się mój wybawca!
Zwykle rano kiedy docierałam do pracy ( gdzie dojście z punku A do punktu B zajmuje mi około 25 minut) moje czoło świeciło się jak żarówa i zamiast wędrować prosto biurka obierałam  przeciwną ścieżkę prowadzącą do toalety aby poprawić makijaż.Od kiedy stosuje kosmetyk, problem zniknął, cera jest matowa, bez większych zmian na skórze i moja trasa jest o "toaletę krótsza" ;)
Na początek kupiłam tubkę 30 ml - na wypróbowanie, jednak wydaje mi się, że już niedługo w moje łapki trafi wersja pełnowymiarowa ( 50 ml) - trzymam kciuki za kosmetyk  aby w okresie kolejnych tygodni potwierdził mój błyskawiczny zachwyt!
Miałyście?Jak się sprawdził przy waszym typie cery?Dajcie koniecznie znać !
buziaki
Ania

Szybka zapiekanka z "przeglądu lodówki"

Nienawidzę marnotrawienia jedzenia...Od kiedy pamiętam zawsze starałam się wykorzystać wszystko co mam w kuchni tak, aby nic nie wyrzucić.Na świecie jest zbyt dużo ludzi umierających z głodu, ponieważ nie mają podstawowych dóbr żywieniowych aby przetrwać, żyć dalej.., dlatego NIEumiejętne gospodarowanie żywnością jest dla mnie istotą nie do zaakceptowania.
Z szacunku i docenienia faktu iż mam możliwość spożywać ciepły posiłek każdego dnia zawsze staram się wykorzystać wszystko, co mam dostępne w domu, do przygotowania smacznych potraw tak aby nic się nie zmarnowało.
Dziś chcę wam pokazać przykład, tego, jak z niczego zrobić coś :).Potrawa prosta, zrobiona na wzór "śmieciowej", ale takie są najlepsze, prawda :)?




Co miałam w lodówce:
250 -300 g ugotowanego pełnoziarnistego makaronu z 1 marchewką
1 parówka
5 średnich pieczarek
1 cukinia
1 cebula
Starty ser typu light
Resztka łodyg kolendry
Kucharek, sól, pieprz do smaku
Sos chilli ( opcjonalnie)

Metoda:
Cukinię kroimy w plasterki, podsmażamy z dwóch stron na małej ilości oleju i przyprawiamy odrobiną przypraw.Następnie wykładamy warzywem dno brytfanki, następnie układamy warstwę makaronu.Posypujemy warstwą sera.
Podsmażamy pokrojoną w piórka cebulę razem z pokrojoną w krążki parówką i kolendrą - kiedy się zeszklą - wykładamy na wierzch zapiekanki. Całość ponownie posypujemy cienką warstwą sera.
Pokrojone w plastry pieczarki podsmażamy na reszcie oleju z dwóch stron posypując pieprzem i solą.Wykładamy jako kolejną warstwę naszej zapiekanki.Polewamy sosem chilli i wykładamy ostatnią warstwą  sera et voila !
Całość zapiekamy przez 15 minut w piekarniku ( 200 stopni) aby ser się roztopił i złączył całość.Podajemy zaraz po wyciągnięciu.Czas przygotowania? 30 minut!
Porcja przeze mnie zaproponowana nasyci 2 osoby, oczywiście im więcej brzuszków do wykarmienia tym bardziej popście wodze fantazji co do ilości i resztek w lodówce!


Jakie są Wasze pomysły na wykorzystanie ostatków w lodówce?Dajcie znać !
Buziaki
Ania
 

Maseczka Aspirynowa - rozpoczęcie kuracji

Od kiedy sięgam pamięcią nigdy nie miałam większych problemów ze skórą na twarzy, okres dorastania zawężył się do kilku małych wyprysków pojawiających się od czasu do czasu tu i tam.Nie chodziłam do dermatologa, nie zażywałam przepisanych tabletek, nie nakładałam specjalistycznych masek, zwykły punktowy korektor ( przeważnie był to korektor Avon ClearSkin) świetnie sprawdzał się w roli pogromcy , który jednocześnie kamuflował niedoskonałość :))
Z biegiem czasu struktura, właściwości czy gęstość naszej skóry ulegają zmianie( lata lecą.., rzecz nieunikniona eh…) dlatego tez jej podatność na działanie warunków zewnętrznych ulega zmianie.
Kilka tygodni temu zauważyłam regularne pojawianie się małych wyprysków w miejscach gdzie nigdy bym nie przypuszczała żadnych podejrzanych aktywności.Moje policzki zwykle gładkie i bezproblemowe stały się siedliskiem małych, gronkowych wybrzuszeń zebranych w małe miejscowe grupki.Podobne wybrzuszenia zauważyłam na czole tuż nad linią brwi.Na szczęście są one mało widoczne, jednak pod naciskiem naszych palców - dobrze wyczuwalne.Co jakiś czas jeden z owych delikwentów przebija się przez skórę pozostawiając mnie z czerwoną plamą ciężko poddającą się mocy podkładu bądź korektora. Środki których używałam do tej pory ciężko radzą sobie z taką sytuacją, fakt, że moja cera jest mieszana wcale nie ułatwia sytuacji.
Pierwotnie zastanawiałam się nad wprowadzeniem rutyny z wykorzystaniem kwasów odpowiednich dla mojego problemu, jednak metoda ta musi  być praktykowana przez kilka tygodni jak nie miesięcy w zależności od głębi problemu, gdzie tego czasu aktualnie mi brak. Wyjazd na wesele do Polski oraz urlop w ciepłych krajach z codziennym wystawieniem mojego ciała na słońce nie są idealnymi warunkami do zabierania się za kurację.
Raz nie chce raczyć pary młodej swoim "wypryszczałym" licem ( no tak podczas kuracji wszystkie gnieżdżące się w skórze wypryski uaktywniają się niemal jednocześnie) a późniejsze wystawienie ciała a słońce nie jest wskazane - są jeszcze filtry, których potrójną warstwę można nanieść na skórę, jednak jak tu nie korzystać z dobrodziejstw natury i nie zażywać kąpieli słonecznych leżąc błogo przy basenie..?Każda z nasz chce choć trochę się opalić nabrać koloru right :)?
Dlatego wybrałam mniej "drastyczną", a z tego co zdążyłam wyczytać, także skuteczną metodę walki z niedoskonałościami gdzie głównym składnikiem mikstury jest...ASPIRYNA.
Nie odkryłam Ameryki - wiem :D, w internecie aż roi się od stron poświęconych domowej roboty kosmetykom z wykorzystaniem leku.

Do wykonania mojej mieszkanki użyłam:

5-6 tabletek aspiryny 
1 łyżeczki przegotowanej wody
1,5 łyżeczki jogurty naturalnego



Aspiryna, którą kupiłam jest wątłych rozmiarów dlatego musiałam użyć kilku drażetek ;), jeśli pastylki są większe ilość będzie mniejsza. Głównym założeniem jest otrzymanie lekkiej pasty poprzez rozgniatanie tabletek w wodzie , którą następnie połączymy z jogurtem, który pomoże w nawilżeniu skóry.


Całość aplikujemy na twarz i czekamy 10- 15 minut aż jogurt wyschnie.Następnie maseczkę zmywamy pod letnią wodą i aplikujemy ulubiony krem do twarzy.
Według wskazań czynność powtarzamy co trzy , cztery dni przez okres kilku tygodni.
Aspiryna zawiera w swoim składzie pochodną kwasu salicylowego związku, który tak namiętnie jest używany przy kuracji z kwasami.Kwas acetylosalicytowy, bo o tej pochodnej mowa, jest "łagodniejszy" i ma lżejsze działanie.


 Moją kurację zaczynam od dziś , jestem ciekawa czy moja skóra ulegnie poprawie czy pozostanie w tym samym stanie!Dam Wam znać za kilka tygodni!


Używałyście?Jakie były rezultaty?
buziaki
Ania


Savoir-vivre kichania APSIK !

No właśnie...Apsik! Ciu! Łysiu! Jedne z wielu okrzyków wydawanych podczas zacnego kichnięcia człowieka.Zjawisko to może przyjmować formę pojedynczą - kiedy kichamy tylko raz, bądź mnogą kiedy kichanie powtarza się kilka razy podczas jednego cyklu.
Z medycznego punktu widzenia jest to odruch mający na celu udrożnienie dróg oddechowych - w tym przypadku nosa ( nie mylić z kaszlem), polegający na energicznym wyrzucie powietrza z naszych płuc - dosyć powszechna  rzecz, która przytrafiła się każdemu z nas.
Skoro taka normalna to po co ten wpis..? Notka o kichaniu..?Co w tym takiego dziwnego?A no właśnie  - coś jest.Zwykła czynność ludzka, tak generalna w społeczeństwie, jednak niepoprawnie wykonana może mieć negatywny wpływ na otoczenie.
Do podjęcia się tego tematu skłoniły mnie sytuacje z którymi nagminnie "mam zaszczyt" obcować w pracy.Już przybliżam wam obraz:
otwarty plan biura , a w nim ponad 30 biurek - przy każdym jednym - osoba.Przestrzeń powietrzna jakże idealna do przekazywania sobie danych niekoniecznie drogą werbalną, a z wykorzystaniem "przestrzeni lotnej".Normalny dzień, każda mrówka pieczołowicie pochłonięta swoją pracą patrząca w monitor komputera niczym w losowanie numerków w totka ;) , cisza..,wszędzie tylko słychać klikanie klawiatury.., aż tu nagle zupełnie znikąd, wystrzelony jak torpeda odgłosem przypominający wyrzut armaty dociera do nas donośny wręcz rozpaczliwy i bolący dźwięk wyrzucania z ogromnym impetem wszystkim możliwych, siedzących w czeluściach dróg oddechowych, zarazków bakterii i wirusów.Owa cisza zostaje przerwana, każdy rzuca po sobie znaczące spojrzenia gdzie po sekundzie czy dwóch nadchodzi kolejny atak ciał obcych z oficjalnego i majestatycznego ""performacnu" jednego z pracowników...Nadchodzi walka z czasem, paskudztwo wyrzucone z płuc wędruje drogą kropelkową do najbliższej ofiary aby ją posiąść i wygodnie się zagnieździć.., aż ciarki przechodzą po plecach...
No właśnie kichanie z rozmachem i godnym Oscara "publicznym występem"…
Nieumiejętne kichanie ( czyli nie zatykanie dróg oddechowych podczas odruchu) powoduje ogromny wystrzał ciał obcych , lądujących na wszystkim i wszystkich dookoła. Jedno kichnięcie może mieć siłę odrzutu wędrującą z prędkością 150 km /s - co z tego, że wasze biurko/ miejsce pracy jest 10 metrów dalej..? Parszywa bakteria czy wirus i tak was dopadnie..!Internet jest przepełniony zdjęciami, które genialnie obrazują rozpryśnięcie wydzielin ludzkich podczas odruchu kichania, widok jest mało przyjemny dla oka…Fe…
Przedstawiony przeze mnie obraz można odnieść do wielu innych sytuacji niekoniecznie związanych z miejscem pracy, siedzicie w parku piękny dzień, wszyscy wygrzewają się w cieple promieni słonecznych - otwarta przestrzeń, gdzie pole rażenia jest jeszcze większe i ma większy potencjał, czy choćby zwykłe przechadzanie się po ulicznym chodniku, gdzie mijamy dziesiątki innych osób…
Czy naprawdę jest tak ciężko przyłożyć chusteczkę do ust, bądź dłoń jeśli nie mamy czasu sięgnąc po nową aby uchronić innych przez rozbryzgiem szlamu płucnego?W powietrzu wisi wystarczająco zanieczyszczonych zawiesin czyhających na nasze zdrowie, więc dlaczego raczymy siebie wzajemnie  kolejną  domieszką bakteryjno - wirusową..?Czy rzeczywiście sąsiad zza ściany musi słyszeć każdy aspekt naszego życia..?Czy dzieci w parku muszą w zadumie oglądąjc się przez ramię z zapytanie na twarzy: Co to było..?"
"To teraz co.., nie kichać wcale?" - nie o to mi chodzi, odruch kichania jest czymś co trudno kontrolować, ba wręcz wcale, jednak są sposoby aby natężenie odruchu było mniej opłakane w skutkach, pewnie nie raz słyszeliście naganę od mamy " zakrywaj usta jak kichasz!!!" i tu mamy złoty środek!Przecież nie połkniemy kichnięcia( próbowałam wierzcie mi, wróciło ze zdwojona siłą...), czasem uda nam się je stłumić jednak nigdy wykluczyć, raz stłumione za chwilę i tak powróci.Najważniejsza jest forma obronna jaką przyjmiemy aby obronić innych od naszego pocisku. Wspomnianie wcześniej przyłożenie dłoni, chusteczki, ręcznika momentalnie redukuję ilość wydzielin trafiających do "powietrzo-obiegu" - stworzona przez nas bariera zatrzymuje wszelkie wirusy czy bakterie przez zagnieżdżeniem sie na innym "żywcy"( UWAGA - pobrudzoną rękę natychmiast należy umyć, bądź wytrzeć - dla ścisłości, aby nikt się nie czepił ;>).
Nie wiem jak wy ale zdarzyło mi się kilka razy w życiu, gdzie osoba rozmawiająca ze mną w cztery oczy kichnęła i część smarków wylądowała na moim ubraniu, bądź na…Twarzy … :/ Przyjemne uczucie..?Niezupełnie…
Tak.., odruch naturalny i niekontrolowany, jednak kiedy możecie, dajcie z siebie wszystko aby zatorować dalszą drogę wydzielin, brońcie innych przed sobą - nie każdy życzy sobie część was.., na swoim ciele ;)
Mieliście styczność z majestatycznym kichaniem?Zareagowałyście?Dajcie znac co sądzicie na ten temat.
buziaki
Ania

Nowy kąsek - L'oreal Color Riche

Zwykle zanim sięgnę po kolejną, jedna w mojej kolekcji musi dokonać przysłowiowego żywota.
Mania zbierania i chomikowania dawno mi minęła, a muszę powiedzieć, że głeboko była zakorzeniona - skutek uboczny oglądania filmików urodowych na YouTube, też przez to przechodziliście:)?
Dzisiaj staram się bardziej kupować z głową - mieć nadal troszkę więcej,  ale w bardziej praktycznej formie, czyli tyle, ile jestem w stanie zużyć i wykorzystać do zarówno do dziennego jak i wieczorowego makijażu.
W myśl mojego, na początku zamieszczonego postulatu, nie kupiłam dopóki nie musiałam - mój ostatni "nudziak" przeżył co swoje - perfidnie wygrzebany końcówką paznokcia co do cna, aby nic się nie zmarnowało, tydzień temu wylądował w torebce ze zdenkowanymi -  RIP ;).
Oto jego następca

Pomadka L'oreal z serii Color Riche jest zamknięta w złotym, szykownym opakowaniu.Odrobina luksusu w normalnej cenie idealnie pasuje do mojej podręcznej kosmetyczki - ponadto jasny kolor szybciej pomaga w jej odnalezieniu. Odcień 632 jest troszkę ciemniejszym nudziakiem z lekkim połyskiem, który zaraz po aplikacji na usta zamienia się w mokrą taflę, dając lekko zwilżony efekt. Szminka delikatnie się rozporwadza i nawilża wargi, nie podkreśla skórek, nie wysusza i nie ściąga skóry.Czy wspomniałam jak nieziemsko pachnie ?
Kolor jest na tyle stonowany i dobrze zblansowany, że rewelacyjnie nadaje  się do noszenia przy codziennym makijażu jak i do wieczornego smokey .
Jakie są Wasze ulubione kolory?Co poleciłybyście z polskich firm?W związku z nadchodzącym urlopem z chęcią zaopatrzyłabym się w coś rodzimego !
buziaki
Ania


Wiosna idzie !

…pewnie nie tylko ja wyczekuję jej pierwszych kroków.., dosyć już mamy zimy, ciemnych, i pochmurnych dni…chcemy lekkiego wiatru.., promieni słonecznych, przyjemnego ciepła…, a przede wszystkim zrzucenia zimowych ciuchów na poczet tych lżejszych, kolorowych!
I oto nadchodzi.., są jej pierwsze oznaki, przyroda nie kłamie, wiosna jest tuż tuż ! Oto kilka ujęć , które uchwyciłam dziś w drodze z pracy, prawda, że zwiastują wiosnę :) ?







Czy u Was też już jest kolorowo ?
buziaki
Ania

Zmiany na blogu !

Jeśli czytacie tą notkę, pewnie zdążyliście już zauważyć, że szata graficzna mojego bloga uległa zmianie :) 
A tak! Po długim okresie namysłów i burzy mózgów zdecydowałam się na odświeżenie wizerunku mojego miejsca w sieci aby i mnie i wam lepiej ,  przyjemniej nawigowało się stronkę :)
No tak.., nawigowało.., jak na razie jestem nowicjuszką na etapie budowy, dopinania wszystkiego na ostatni guzik, cały czas uczę się obsługi nowych funkcji,  nowych możliwości .Przede mną jeszcze wiele do zrobienia, wstawiania, udoskonalania, aby blog w pełni funkcjonował tak jak tego chcę.
Chcę, aby mezalians tematyczny mający miejsce do tej pory bez żadnego sensownego porządku,  kolokwialnie mówiąc, dokonał żywota.Mój blog jest zrzeszeniem różnych płaszczyzn życiowych, nie chcę się ograniczać tylko do jednej tematyki, dlatego powstaną zakładki, gdzie wszystko będzie uporządkowane według kategorii, będzie uroda, zdrowie, kulinaria i jeszcze kilka innych  ;)
Mam nadzieję, że z całością uwinę się stosunkowo szybko aby i wam i mnie nerwy nie zszargały życia :D !



Buziaki 
Ania

Proste i szybkie kotleciki jajeczne

Po wielkanocnym kulinarnym szaleństwie, w mojej kuchni nadal piętrzyła się góra artykułów spożywczych z dwoma sześciopakami jajek na czele, na które nie mogę już patrzeć ( ile jajek można zjeść w ciągu 3 dni ;D ?) plus 5 już ugotowanych i obranych, kilka pieczarek które dokonywały żywota, cała cebula już poszatkowana ( bo lepiej jest mieć więcej na zaś żeby nie zabrakło!) stojąca w miseczce w lodówce dając "niesamowity aromat" za każdym razem kiedy otwierałam drzwi ( lubię zapach cebuli, jednak kiedy sięgałam po mleko do porannej kawy, w jednej chwili mina mi rzedła).
Nie lubię marnować jedzenia i chociaż wiem, że wiele z wspomnianych artykułów spokojnie mogłoby jeszcze poleżeć, nie chciałam zmarnować pieczarek i postanowiłam zrobić niesamowicie proste i smaczne kotlety jajeczne.
Składniki poniżej pozwalają uformować 7 - 8  kotlecików.




Składniki:

4 duże pieczarki
1 średnia cebula
5 jaj ugotowanych na twardo
1 jajko surowe
Przyprawy (osobiście wybrałam pieprz, sól i Kucharka)
Odrobina bułki tartej, bądź otrąb jeśli masa będzie przelewała się nam przez palce
2 łyżki oleju do smażenia


Drobno poszatkowaną cebulę, starte na dużych oczkach pieczarki i jajka wrzucamy do miski.Całość doprawiamy przyprawami i wbijamy surowe jajko - jeśli masa wyjdzie zbyt wodnista - dodajemy bułkę tartą, bądź otręby.Całość dokładnie ze sobą łączymy.
Formujemy kotleciki z porcji jednej pełnej łyżki stołowej, smażymy na rozgrzanym oleju na złoto z obu stron.




Usmażone kotleciki odkładamy na papierowy ręcznik, aby odsączyć nadmiar tłuszczu. Podajemy jako danie główne wraz z sałatką, kaszą czy ziemniakami, w moim przypadku rewelacyjnie sprawdziły się jako podstawa do dania z gulaszem wołowym oraz surówką jarzynową!


Smacznego!
Ania

Znieczulica ludzka - czy to już choroba?

Sytuacja sprzed ostatnich kilku dni, o której pisałam Wam na moim Instagramie skłoniła mnie do wylania z siebie emocji i spostrzeżeń na temat reakcji i wyczulenia ludzkiego na nieszczęście czy zagrożenie,w którym mogą być uwikłane inne osoby.
Jak wiecie w zeszłym tygodniu miał miejsce niemalże pożar w pełnym tego słowa znaczeniu w moim bloku w mieszkaniu tuż zaraz pode mną.
W ubiegły czwartek wróciwszy z pracy w domu zastałam unoszący się wszędzie biały dym oraz okropny smród w każdym pomieszczeniu, niezwłocznie pobiegłam do kuchni myśląc, że to ja spowodowałam taki stan rzeczy, jednak już po chwili okazało się, że w kuchni nic alarmującego się nie działo, wszystkie urządzenia elektryczne były wyłączone i nic nie wskazywało, że alarmujący stan ma swoje centrum w moich czterech ścianach.Kiedy zgiełk, który wprowadziłam w przypływie adrenaliny trochę opadł, ponownie usłyszałam znajomy dźwięk, który słyszałam już po  domem...ALARM PRZECIWPOŻAROWY..,tylko gdzie?Niezwłocznie wybiegłam z mieszania i nasłuchiwałam - dźwięk dochodził z piętra niżej, w jednej sekundzie popędziłam w jego stronę.
Kiedy zlokalizowałam mieszkanie, alarm wył w niebogłosy, a wokoło dobitnie był czuć przerażający smród...Zajrzałam do środka przez skrzynkę na listy i  zaczęłam krzyczeć , wołać ,jaka miałam pewność, że ktoś tam nie stracił przytomności..?Zerową!Nasłuchiwałam czy ktoś odpowie, niestety bez żadnego skutku...
Pobiegłam do mieszkania, chwyciłam za słuchawkę telefonu i wybrałam 999 ( główny numer   pomocy doraźnej w UK) i zgłosiłam pożar...
Późnej wszystko potoczył się w ekspresowym tempie...Na szczęście nikogo nie był w środku, a powodem niedoszłego pożaru był piekący się w piekarniku obiad zostawiony przez domownika...
Pierwszą rzeczą na, którą chcę zwrócić tutaj uwagę, która AŻ woła o pomstę do nieba jest  : "Kto do cholery zostawia gotujący się obiad i wychodzi na dobrych kilka godzin..?!"Brak logicznego myślenia i racjonalnego zachowania w tym przypadku mógł naprawdę doprowadzić do tragedii...
Kolejną i tutaj bardziej przerażającą kwestią jest postawa innych ludzi wobec zaistniałej sytuacji.Nie mieszkam na odludziu ,ulica tętni  życiem co rusz ktoś się przez nią przewija, tu wejdzie do sklepu tu zatrzyma się na chwilkę aby porozmawiać z napotkanym znajomym...
Każda z tych osób..,każda jedna momentalnie mogła wychwycić niepokojącą sytuację, alarm wył głośno, a smród rozprzestrzeniał się wzdłuż i wszerz...
Zaskakujące jest to, że dosłownie nikt nie zatrzymał się, nie spróbował ocenić, oszacować sytuacji, nikt nie starał się wyjaśnić podejrzanych sygnałów dochodzących z niedaleka...
Ognień, a następnie wydobywający się dym można był wyczuć i i zauważyć z kilku metrów.Aby sytuacja osiągnęła taki rozmiar - kuchenka musiała być włączona od dobrych kilkudziesięciu minut jak nie kilku godzin...
Dlaczego nikt nie zareagował..?Czy sąsiad zza ściany ( który był w domu tak sie złożyło)
 naprawdę nie słyszał drącego się sygnału?
Jak można tak ignorować oczywiste znaki , które zwiastują podejrzaną i do tego śmierdzącą sytuacje..?Dlaczego nikt nawet nie pomyślał aby sprawdzić skąd pochodzą dźwięki?Skąd wydobywa się dym..?Moją pierwszą obawą była niewiadoma, czy w środku ktoś jest , a jeśli tak w  jakim stanie się znajduje - tutaj przecież chodziło o ludzkie życie...
Ignorancja i obojętność ludzka w owej sytuacji po prostu mnie przeraziła...Dlaczego jesteśmy tak obojętni wobec zagrożenia..,dlaczego nie obchodzi nas los innych..?Dlaczego przymykamy oko na podejrzane znaki..?Takie zdarzenia przecież mogą się przydarzyć niejednemu z nas - daleko szukać kiedy sąsiadka mojej znajomej wyszła z mieszkania zostawiając włączoną suszarkę do ubrań..,o mało cały pion nie spłonął...
Mieliście kiedyś styczność z takim zajściem..?Jak się zachowaliście..?Jak zareagowali inni..?Czy podobnie do tych tutaj..?Czy znieczulica także dała się zauważyć..?Podzielcie się proszę swoimi doświadczeniami...

                                                                             Ania

Sałatka z grillowanym tofu

Dzisiaj znowu będzie kulinarnie.Po wczorajszym bieganiu ( tak wreszcie ruszyłam tyłek - wiosna przyszła :D !) musiałam naładować bateryjki i przyrządziłam superszybką i bardzo prostą sałatkę, która zaspokoiła łaknienie. Jest w niej białko w postaci tofu i jogurtu greckiego jak i doza węglowodanów prostych w postaci miodu plus kilka garści zieleniny - szybko, zdrowo i pożywnie !



Składniki:

4 duże liście sałaty 
1 pomidor
garść oliwek
kilka plasterków zielonego ogórka
świeżo posiekany szczypiorek
1 mała marchewka
120 g tofu
2 łyżki lekkiego jogurty greckiego
łyżeczka ziaren sezamu do posypania
2 łyżki stołowe miodu do polania całości

Tofu kroimy na plastry i grillujemy na dobrze rozgrzanym grillu przekręcając okazjonalnie, bądź jeśli nie posiadacie takiego - smażymy na patelni w niewielkiej ilości tłuszczu.Sałatę myjemy i rwiemy na małe kawałki. Marchewkę obieramy i ścieramy na dużych oczkach ( jeśli nie chcecie się bawić z tarką ,pokrojona w kostkę także zda egzamin!) - posypujemy nią uprzednio ułożone na talerzu liście sałaty.Pomidora kroimy w plastry i układamy na marchewce razem z obranym i także pokrojonym ogórkiem.Oliwki kroimy na pół i dodajemy do całości.Następnie rozprowadzamy jogurt.Do tego momenty nasze tofu powinno się dobrze zarumienić i mieć złoto-brązowy kolor - kroimy w kostkę i układamy jako dopełnienie sałatki - całość posypujemy posiekanym szczypiorkiem,ziarnami sezamu, wylewamy miód et voila!

Smacznego!
buziaki
Ania

Przepis na bułeczki z mąki sojowej

Od kiedy mój instagramowy profil bombarduję coraz to nowszymi i bardziej wymyślnymi zdjęciami z potrawami, które sama przyrządzam, rośnie liczba osób prosząca mnie o przepisy - tak, mogę wrzucać mini szybką wersję metody i składników w opisie pod zdjęciem jednak to jest pewne pójście na łatwiznę - owszem czasem można, lecz wyjaśnienie wszystkiego krok po kroku plus poparcie kilkoma zdjęciami myślę tworzy lepszą prezentację plus daje wyobrażenie do czego dążymy :).
Dlatego dzisiaj tak jak na Instagramie Wam obiecałam, zapraszam do lektury szybkiego przepisu na przepyszne bułeczki, które są niskowęglowodanowe ( co nie oznacza,ż e węglowodany totalnie wykluczyłam), wykonanie w głównej mierze z mąki sojowej.
Przepis nada się na wykonanie 3 większych kajzerkopodobnych bułeczek ( ja zrobiłam 4 i wyszły troszkę za małe)


Składniki :
2 łyżki zmielonego siemienia lnianego
3 łyżki mąki sojowej
50 g protein w proszku
2 łyżki mąki pełnoziarnistej
1 łyżeczka drożdży ( w moim przypadku były to drożdże suche)
1 łyżka oleju
3 łyżki wody
1 łyżeczka miodu
Dodatkowo można dodać nasiona dla smaku - ja dodałam sezam




Drożdże mieszamy z wodą - dodajemy miód, który jako pożywka - pozwoli im wyrosnąć. Mikstura ma bąbelkować - to oznacza, że drożdże zaczynają trawić cukier.Jeśli nie zauważycie pęcherzyków powtórzcie ten krok - drożdże muszą się "aktywować", w innym wypadku pieczywo nie wyrośnie podczas pieczenia i otrzymamy płaski placek przypominający bardziej chlebek pita zamiast bułek ;)


Kiedy porządany efekt zostanie uzyskany dodajemy resztę składników i mieszamy.Jeśli konsystencja nadal jest lepka - podsypujemy pełnoziaznistą mąką i wyrabiamy ciasto do uzyskania jednolitej masy.


Masę formujemy w bułeczki i wkładamy do rozgrzanego piekarnika (około 200 stopni) na 20 - 25 minut  - przewracając na drugą stronę w połowie pieczenia.Piekarniki są różne dlatego warto jest zaglądać do środka co jakiś czas aby nie przypalić pieczywa. Et voilia!


Bułeczki po ostygnięciu proponuję włożyć do woreczka - aby nie straciły swojej świeżości.Jemy je tak jak każde inne pieczywo - na śniadanie na kolację - bądź w postaci zdrowszej wersji zapiekanek :)!Smacznego !



Buziaki
Ania